Siemanko! Dzisiaj bierzemy na tapet temat, który w świecie fitnessu i dietetyki robi ostatnio niezłe zamieszanie. Mowa o diecie animal-based. Jeśli masz już dość liczenia każdego listka jarmużu, a na samą myśl o suchej piersi z kurczaka z ryżem chce Ci się płakać, to usiądź wygodnie. Może się okazać, że to coś idealnego dla Ciebie.
O co w tym w ogóle chodzi, dla kogo to jest i – co najważniejsze – jak to wygląda w prawdziwym, codziennym życiu (spoiler: bez ortodoksyjnego szaleństwa)? Rozbierzmy temat na czynniki pierwsze!
O co chodzi w Animal-Based?
W skrócie: to powrót do tego, co jedli nasi przodkowie, zanim wymyśliliśmy fast foody i sztuczne przetwórstwo. Twórcą tego podejścia jest dr Paul Saladino. Cała filozofia opiera się na prostym założeniu – podstawą Twojego menu jest jedzenie pochodzenia zwierzęcego, a paliwem i źródłem energii są owoce oraz miód.
W przeciwieństwie do totalnie hardkorowej diety carnivore (gdzie jesz TYLKO mięso i pijesz wodę), tutaj masz legalne węglowodany. Dlaczego akurat owoce? Bo według tej teorii rośliny nie chcą być zjedzone i bronią swoich liści czy korzeni za pomocą różnych toksyn i lektyn (stąd odrzucenie zbóż, strączków czy brokułów). Za to owoce? Roślina „chce”, żebyś je zjadł i rozniósł nasiona. Czysta biologia!
W teorii idealny koszyk zakupowy wygląda tak:
- Dobra wołowina, podroby, jajka, masło.
- Dojrzałe, słodkie owoce (banany, borówki, mango).
- Surowy miód jako naturalny booster energii.
Dla kogo to jest?
To świetna opcja dla osób, które:
- Mają wieczne problemy z brzuchem (wzdęcia po strączkach czy pieczywie to klasyk).
- Chcą mieć stały poziom energii bez zjazdów po obiedzie.
- Szukają prostej diety bez miliona składników i skomplikowanych przepisów.
A jak to wygląda w praktyce? (Moje luźne podejście)
No dobra, teoria teorią, internetowi guru krzyczą, że musisz jeść tylko argentyńską wołowinę karmioną trawą i surową wątróbkę. A jak to wygląda w prawdziwym życiu? Sam testowałem tę dietę i powiem Wam jedno: nie trzeba być ortodoksem, żeby to działało!
Moja wersja była zdecydowanie mniej restrykcyjna i idealnie wpasowała się w codzienną polską rzeczywistość.
- Przetworzone mięso? Jasne, że tak! Nie biegałem codziennie do rzeźnika po steki premium. Wjeżdżały kabanosy, dobra kiełbasa, frankfurterki. Szybkie, wygodne, sycące i napakowane białkiem oraz tłuszczem. Unikałem jedynie parówek bo tak poradził mi trener i do tej pory ich nie jem.
- Obiady u mamy. Umówmy się – jak mama robi obiad, to się nie wybrzydza. Jadłem normalne, smażone mięso, które lądowało na stole.
- Twarda zasada: zero pieczywa. To był mój główny punkt zapalny. Odstawiłem chleb, bułki i wszelkie zboża.
- Węglowodany z natury. Zamiast ziemniaków, ryżu czy makaronu, całą energię czerpałem z owoców i miodu. Szybki szejk z bananem i borówkami, albo banan z miodem przed treningiem i miałem siłę nosić ciężary.
Efekty? Sylwetka i samopoczucie na plus!
I teraz najważniejsze: czy na takiej „luźniejszej” wersji da się zrobić formę? Owszem, i to jaką!
Bez problemu zbudowałem na tym podejściu dobrą, estetyczną sylwetkę. Mięśnie były nabite, tłuszcz nie uciekał w górę, a regeneracja po treningach stała na najwyższym poziomie. Co więcej, samopoczucie było genialne. Zero zamulenia po posiłku, brak ochoty na podjadanie słodyczy (bo ochotę na słodkie załatwiały owoce z miodem) i czysta głowa przez cały dzień.
Podsumowanie
Dieta animal-based to nie więzienie. Nie musisz być idealny, żeby czerpać z niej korzyści. Wystarczy wyrzucić z jadłospisu to, co najbardziej nam szkodzi (jak przetworzone zboża i cukier), postawić na dobre źródła białka i tłuszczu (nawet te bardziej tradycyjne, jak kabanosy czy domowe smażone mięso) oraz podbić to owocami. Twój brzuch i Twoje mięśnie będą Ci wdzięczne.
Próbowaliście kiedyś takiego jedzenia? A może nie wyobrażacie sobie dnia bez kromki chleba? Dajcie znać w komentarzach!

